„Przyszedł piąty dzień wojny i Niemcy są już w Olkuszu” – wywiad z Henrykiem Kocjanem

Kontynuując cykl wywiadów ze świadkami historii z ziemi olkuskiej, prezentujemy wojenne wspomnienia urodzonego w 1927 roku w Starym Olkuszu Henryka Kocjana. Podczas okupacji niemieckiej pracował on jako robotnik w Zakładzie Blacharsko-Dekarskim Władysława Jurgi. Jego ojciec – Jan – był natomiast przedwojennym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej oraz woźnym w olkuskim starostwie, a w czasie wojny był zaangażowany w konspirację pod pseudonimem Wąsaty.

Konrad Kulig: Kiedy rozpoczęła się druga wojna światowa miał Pan zaledwie 12 lat. Jak Pan zapamiętał tamte dni?

Henryk Kocjan: 1 września 1939 roku rano, koło 5:00, przyszedł ojciec do pokoju, gdzie spaliśmy i powiedział, że wojna się zaczęła. Włączył radio i dowiedzieliśmy się, że Niemcy napadły na Polskę. Wstaliśmy przerażeni. Po śniadaniu okazało się, że na drodze między Katowicami a Olkuszem już ludzie uciekali z zachodu na wschód. Im było później, tym uciekinierów było więcej. Zrobił się popłoch. Poszedłem w kierunku szosy i przyglądałem się. Małe wózki czterokołowe, wózki dziecięce, rowery: wszystko obładowane. Było wtedy bardzo pogodnie i ciepło. Zaproponowałem uciekinierom czy nie chcą pić. W pobliżu była studnia, oczywiście każdy chciał się czegoś napić. Mieliśmy też wtedy w sadzie urodzaj śliwek, narwaliśmy całą miednicę i poszliśmy z nią na drogę, ludzie sobie brali.

W pierwszym dniu wojny polski pilot Władysław Gnyś zestrzelił nad Olkuszem dwa niemieckie bombowce. Spadły one w Żuradzie. Na południe od Starego Olkusza (nad Żuradą – przyp. aut.) widziałem trzy potężne samoloty niemieckie i jeden samolot polski, który je atakował. Wyglądało to, jakby komar kręcił się wokół bąka i nagle po krótkiej strzelaninie karabinów maszynowych dwa niemieckie samoloty spadły. Okazało się, że polski myśliwiec nacierał na nich i w końcu jeden niemiecki samolot uderzył w drugiego i oba spadły. Chciałem pojechać w tamto miejsce. Jak ojciec przyjechał z pracy, wsiadłem na rower, pojechałem, ale tam już była policja i pełno gapiów, nie mogłem obejrzeć wraków dokładnie.

Rano 2 września zgłosiło się do nas wojsko. Oficerowie chcieli założyć u nas sztab. Mieli centralkę telefoniczną, za naszym płotem na górce umieszczono karabin maszynowy. Koło południa, jak byliśmy przy studni, przelatywał niemiecki samolot. Leciał tak nisko, że można było widzieć twarze pilotów. Kilku żołnierzy zaczęło strzelać, a on puścił serię. Na szczęście, trafił tylko w studnię. W niedzielę rano 3 września usłyszeliśmy komunikat, że Francja i Anglia wypowiedziały Niemcom wojnę. Spiker apelował do słuchaczy, żeby informowali o tym żołnierzy. Poszedłem do mieszkania, które zajmowali żołnierze i oficerowi, chyba w stopniu podporucznika, powiedziałem, że Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Odpowiedział wtedy: „my sobie i bez nich damy radę”.

Konrad Kulig: Czy był Pan świadkiem wkroczenia Niemców do Olkusza?

Henryk Kocjan: We wtorek 5 września mama mnie poprosiła, żebym poszedł do Olkusza i próbował coś kupić. To był dzień targowy. Wszedłem na rynek, a tam wszystkie sklepy pozamykane: i polskie i żydowskie. Na ulicach bardzo mało ludzi. Okna pozasłaniane żaluzjami, pozabijane deskami, pozaklejane taśmą, żeby od wybuchów nie popękały. Chodziłem przygnębiony. W pewnym momencie usłyszałem warkot silników. Zobaczyłem dwa motocykle jadące od Chrzanowa w kierunku rynku. Wjechali na rynek, a za nimi w samochodach ciężarowych piechota. Wszyscy uzbrojeni po zęby, w hełmach, rozchodzili się po ulicach. Mieli ze sobą plakaty, w języku polskim i niemieckim. Poszedłem w kierunku starostwa, tam był słup ogłoszeniowy i czytałem.

Oczywiście były groźby pod adresem mieszkańców, że za każdego Niemca będzie rozstrzelanych 10 zakładników. Potem była informacja, że wszyscy mają oddać odbiorniki radiowe i aparaty fotograficzne, przestrzegać godziny policyjnej… byłem tym przerażony. Załamałem się. Przed wojną były slogany: silni, zwarci, gotowi. Mieliśmy nie oddać nawet guzika od marynarki. A tu przyszedł piąty dzień wojny i Niemcy są już w Olkuszu. Wiedziałem już, że tego dnia nic nie kupię. Poszedłem jeszcze w kierunku ulicy Krakowskiej, tam był jakiś gwar. Był tam duży sklep zegarmistrza Żyda. Pozamykany był żaluzjami. Jeden Niemiec podszedł, karabinem postrzelał w kłódkę i podniósł żaluzję. Otworzył drzwi, wszedł do środka i nawoływał ludzi, żeby szli rabować. Kilka osób się zaczęło garnąć. A drugi Niemiec z aparatem fotograficznym stał i fotografował tę scenę. Przypuszczam, że w celach propagandowych, żeby pokazać, jak to Polacy rabują sklepy.

Konrad Kulig: Czy pamięta Pan egzekucję „dwudziestu straconych” w Olkuszu z 16 lipca 1940 roku, której dokonano w odwecie za zabójstwo niemieckiego żandarma przez bandytę?

Henryk Kocjan: Szedłem wtedy do miasta. Niemieccy policjanci zatrzymali mnie zaraz za parkiem na ulicy Mickiewicza. Przy sąsiednich budynkach byli już strażacy, mieli w rękach węże. Nie wiedziałem co się dzieje. Wiedziałem tylko, że w domu doktora Łapińskiego został zastrzelony Niemiec. Po pewnym czasie usłyszeliśmy dwie salwy. To było rozstrzeliwanie zakładników. I dym się ukazał nad drzewami parkowymi: Niemcy podpalili dom doktora. Strażacy pilnowali, żeby ogień nie przeniósł się na sąsiednie budynki.

Konrad Kulig: Pana ojciec należał do Gwardii Ludowej PPS, czyli organizacji podziemnej scalonej z Armią Krajową. Był Pan świadomy działalności swojego taty?

Henryk Kocjan: Ja wyczułem, że ojciec jest w jakiejś organizacji. Często spotykał się z kuzynem mamy Janem Zubem i coś tam szeptali. Radia ojciec nie oddał. Poszedł do Żyda Zilberszaca, który miał sklep z odbiornikami, kupił stare radio i oddał je zamiast naszego. A o tym, że ojciec na pewno należy do konspiracji, to się dowiedziałem, jak wróciłem pewnego dnia z pracy, otworzyłem drzwi do pokoju, a tam kilku obcych i karabiny wiszące na oparciach krzeseł… Jakiś czas później ojciec powiedział, że będziemy mieli w domu dwóch partyzantów. Mieli przejść u nas rekonwalescencję. Byli u nas przez co najmniej trzy tygodnie. Musieliśmy się nimi zajmować tak, żeby lokatorzy, którzy u nas mieszkali, nie widzieli.

W 1943 roku ojciec został natomiast przez kogoś ostrzeżony i zaczął się ukrywać. Pewnego dnia majstrowa (żona Władysława Jurgi – przyp. aut.) powiedziała mi, że u nas w domu jest rewizja. Podczas przerwy obiadowej przyjechałem do domu, na podwórzu stała furmanka, szuflady były powyciągane, na podłodze leżało mnóstwo papierów. Szukali dowodów przynależności ojca do konspiracji, ale nic nie znaleźli. Zabrali mi przybornik kreślarski, a mama powiedziała, że chcą mi zabrać akordeon. Patrzę, a akordeon jest na furmance. To mnie tak wkurzyło! Złapałem ten akordeon i powiedziałem, że to jest mój, a nie ojca i to nie jest akordeon niemiecki. Na szczęście, nie był firmy Hohner. Niemców zaskoczyło moje zdecydowanie i udało mi się zachować instrument. Kilka miesięcy później była druga rewizja. Szukali po komórkach. Ja wiedziałem gdzie jest schowany odbiornik radiowy. Na tym samym strychu, co radio, mieliśmy też schowany nowy stół stolarski. Patrzyłem na rewizję i skóra na mnie cierpła. Gdyby odrzucili cztery deski więcej, to by się dostali do radia. Ale na szczęście ucieszyli się tym stołem i dali spokój.

Konrad Kulig: Pana ojciec został aresztowany w 1944 roku aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Czy mieliście z nim kontakt?

Henryk Kocjan: Mogliśmy mu wysyłać jedną paczkę w miesiącu. Mama przygotowywała żywność, a ja robiłem skrzynkę. Obkładaliśmy to wiórami, żeby się nie potłukło. Majstrowa tłumaczyła mi listy od ojca, bo musiały być pisane po niemiecku. To były specjalne koperty, gdzie tekst był widoczny. I myśmy też w tych specjalnych kopertach musieli pisać do niego po niemiecku.

Konrad Kulig: Jak Pan zapamiętał przejście frontu w 1945 roku?

Henryk Kocjan: W nocy z 19 na 20 stycznia 1945 roku grupa Niemców waliła do drzwi. Chcieli przenocować i żeby im ugotować kartofle, w skórkach, żeby było jak najszybciej. Wygonili nas z łóżek i poszli spać. Jak zasnęli, to miałem ochotę wziąć jeden z karabinów i wytłuc ich. Ojciec był w obozie, byłem wściekły na Niemców. Ale mama powiedziała, żebym nie robił masakry w domu. Zbudziły ich dwa wybuchy artyleryjskie. Zabrali szybko ziemniaki i uciekli. Rosjan było mnóstwo. Zajęli u nas wszystkie mieszkania. Rozmawiałem z nimi. Po południu jeden z nich mnie zapytał czy chodziłem do szkoły. Odpowiedziałem, że tak. „A ile lat?” Odpowiedziałem, że siedem. „A czytać umiesz”?Oczywiście, że umiem. „A pisać umiesz”? Pewnie, że umiem. „To czytaj” – odparł i wyciągnął z kieszeni dziesięć rubli. Przeczytałem i tym razem ja zapytałem: „a chodziłeś do szkoły”? Chodził. „A czytać umiesz”? Umie. Te same pytania mu zadałem. Wyciągnąłem gazetę i mówię: „czytaj”. I nie potrafił przeczytać. Reszta Rosjan zaczęła mi brawa bić! Przyłapałem go na kłamstwie.

Wkrótce do Olkusza zaczęli wracać ludzie, którzy byli w obozach. Wyczekiwaliśmy powrotu ojca. Wrócił w lipcu 1945 roku Przed nim wrócili dwaj synowie Żyda Zilberszaca. Mama ich poczęstowała obiadem. W następny dzień przyszły do nas dwie Żydówki, których nie znałem. Też ich podjęliśmy obiadem i powiedzieliśmy, że znajomi Żydzi wczoraj wrócili i mogą się z nimi skontaktować. Potem się okazało, że oni się pobrali: ich było dwóch, one były dwie i pobrali się. Otrzymaliśmy raz od nich kartkę z życzeniami z Izraela.

Nagranie powyższego wywiadu można obejrzeć na kanale Armia Krajowa Olkusz w serwisie YouTube, gdzie dostępne są również inne wywiady, w których najstarsi olkuszanie opowiadają o dawnych czasach. Jednocześnie, zachęcamy do kontaktu, jeśli posiadają Państwo wspomnienia związane z naszym regionem lub ktoś z Państwa rodziny chciałby opowiedzieć interesującą historię sprzed lat.

Konrad Kulig

Prezes olkuskiego koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej