Pacyfikacja Poręby Dzierżnej – wywiad z Mieczysławem Pandlem

7 sierpnia 1944 roku oddział komunistycznej Armii Ludowej Tadeusza Grochala „Tadka Białego” ostrzelał niemiecką kolumnę przejeżdżającą przez Porębę Dzierżną. W odwecie Niemcy spalili miejscowość i rozstrzelali 39 osób: głównie mężczyzn, spędzonych na jeden z wiejskich placów. O tych dramatycznych wydarzeniach sprzed 77 lat opowiedział nam jeden z ich ostatnich żyjących świadków – Mieczysław Pandel. 

Konrad Kulig: Miał pan miał wtedy 7 lat. Jak wyglądał ten tragiczny dzień z perspektywy dziecka?

Mieczysław Pandel: Zaczęło się rano. Niemcy nie szli ani dwójkami, ani kolumną, tylko chaotycznie, przez pole tytoniu obok naszego domu. Ubrani, uzbrojeni. Każdy we wsi uciekał, krył się. Nie było żadnego oporu. Wszyscy byli wystraszeni. Był pan kiedyś na polowaniu? Ja kiedyś poszedłem, jako naganiacz. Widziałem jak myśliwi bili do saren i one w popłochu się rozpierzchały: tak samo i wtedy ludzie uciekali przed Niemcami. Każde dziecko cisnęło się pod ojca lub matkę. Ja też nie odstępowałem matki, tylko biegłem za nią krok w krok. Jak biegliśmy leśną drogą do dalszego sąsiada Miśka, to kule tak „gwizdały”… a nie było przypadku żeby kogoś trafiła. Widocznie strzelali górą. 

Konrad Kulig: Co wtedy działo się z pana ojcem?

Mieczysław Pandel: Ojca zabrali z domu, a jeden z Niemców wrzucił granat w okoły i cała zagroda się zapaliła. Ogień szybko się rozprzestrzeniał, bo to przecież było drewniane budownictwo. Nasz sąsiad Bolesław Struzik widział, że się u nas pali, więc wyszedł z piwnicy. Niemiec go zobaczył i krzyknął: „komm, komm”! No i Bolek poszedł. I tego dnia zginął, razem ze swoim bratem Franciszkiem. 

Niemcy spędzili mężczyzn na plac pod jedną stodołę i patrzyli im na ręce. Kto miał niespracowane, to był podejrzewany, że był partyzantem. I tych ustawili w pierwszym szeregu i oni poszli pod kule. Ojciec był rolnikiem, więc miał spracowane dłonie. Kazali mu wystąpić z szeregu i razem z innymi miał stanąć z tyłu. Nie kazali jednak im się rozejść, tylko mieli się patrzeć na egzekucję. Jak ojciec zobaczył tych rozstrzelanych, to oczy zaszły mu krwią.

Niemcy się nie brali do żadnego porządkowania. Trupy przeleżały całą noc. Jakby pan dziś wkopał się głębiej w ziemię, to tam jest jeszcze krew… Myśmy byli wtedy na wzgórzu i widzieliśmy całą Porębę. Dzień był słoneczny, ciepły, siedzieliśmy w pszenicy, bo to żniwa przecież były. Dokładnie widzieliśmy jak płoną nasze zabudowania. 

Konrad Kulig: Po wszystkim odnaleźliście się z ojcem i przyszliście na miejsce waszego gospodarstwa. Jaka była wasza reakcja? 

Mieczysław Pandel: Ha! Wszyscy ręce pozałamywali i nikt do nikogo słowa nie potrafił powiedzieć. Zostało tylko to, co mieliśmy na sobie. Ośmioro nas wszystkich było i ani łyżki, ani noża, ani miski. Jak wytłumaczyć małym dzieciom, że nie ma co jeść? Bo mój najmłodszy brat to jeszcze nie mówił. Mama, najmłodszy brat i ja poszliśmy do brata ojca, na Bożą Wolę. On miał tylko dwoje dzieci i tam nas przyjął. Dwie siostry poszły do Miśka, a ojciec został.

W gospodarstwie spaliły się dwie świnie i cielę, co jeszcze nie umiało wyjść na pole. Koń na szczęście był wcześniej wypuszczony, to się nie spalił. Krowa była uwiązana na powrozie w chlewie, więc myśleliśmy, że też się spaliła, ale przychodzimy, a krowa stoi w tartaku z opalonym bokiem. Jak chlew płonął, to powróz się przepalił i krowa uciekła, bo drzwi nie były zawarte. Jakby była uwiązana na łańcuchu, to też by się spaliła.

Konrad Kulig: A co z rozstrzelanymi?

Mieczysław Pandel: Wiadomo było, że trzeba ich pochować. Jeden grabarz takiego dołu nie dał rady wykopać. Wdowy rozpoznawały swoich mężów. Niektórych, co byli opaleni od płonącej stodoły, to trzeba było po ubraniach rozpoznawać. Okręcili ich w białe prześcieradła i furmankami przywieźli na cmentarz. Kładli do jednego grobu. My i nasi ojcowie całe życie narzekaliśmy na Łobzów. Tam było do diabła tych partyzantów. Nie mogli zacząć walki z Niemcami gdzieś na polach albo w lesie? Za jednego Niemca tyle ludzi wybili.

Konrad Kulig: Jak wyglądało życie waszej rodziny po pacyfikacji?

Mieczysław Pandel: Panie, co my się wypłakali… Nic to nie pomagało. Że ojciec to wszystko przetrzymał, to sobie nie wyobrażam. Bo od czego miał zacząć? U sąsiada się nie spaliło, to pożyczaliśmy wóz, czy coś innego, zanim się dorobiliśmy. Przyszedł wrzesień i trzeba iść do szkoły, a tu nawet butów nie ma. Do proboszcza Dubiela przychodziły dary z Ameryki, ale nie od razu. Matka raz po nie poszła i co przyniosła? Tylko landrynki… Ja się nie dziwię, bo przecież ksiądz nie zjadł. Bo ksiądz u nas na wsi prowadził normalnie gospodarstwo.

Konrad Kulig: Ile trwała odbudowa Waszego gospodarstwa?

Mieczysław Pandel: Pierwsze co pamiętam, to jak ojciec postawił stodołę, a z opalonych resztek postawili jedno mieszkanie. W grudniu na Wigilię wszyscy się zeszliśmy: my z Bożej Woli, siostry od Miśka i ojciec. Ojciec jakiś tam piecyk wstawił do izby. A czym palił? Drewniane płoty były, to przyniósł balasek z płotu. Ale mówię panu, jak my się zeszli wszyscy do „kupy”, to jacy byliśmy zadowoleni, mimo że to nie była prawdziwa Wigilia. Ale byliśmy zadowoleni, że jesteśmy razem.

Nagranie powyższego wywiadu można obejrzeć na kanale „Armia Krajowa Olkusz” w serwisie YouTube. Dostępne są na nim również inne wywiady, w których najstarsi olkuszanie opowiadają o dawnych czasach. Jeśli mają Państwo ciekawe wspomnienia związane z ziemią olkuską lub ktoś z Państwa rodziny chciałby opowiedzieć interesującą historię sprzed lat, to serdecznie zachęcamy do kontaktu!

Konrad Kulig

Prezes olkuskiego koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej